Na wiosnę 1816 r. przybył Brzostowski do Warszawy z prośbą do wielkiego księcia Konstantego, aby go zaliczył w szeregi wojskowe. Ochotnie spełniono jego żądanie, był bowiem bardzo urodziwy, wielce uczony, rozumny i stateczny, oprócz tego pochodził ze znakomitej familii, co wówczas niemało znaczyło. Został od razu przy boku księcia, miału niego łaski i wygody, ale że nigdy nie lubił zbytku, przeto i te pieszczoty go nie popsuły. Nie marnował darmo czasu, jak wielu z jego towarzyszów, ale uczył się coraz więcej.
Szczególnie polubił naukę robienia różnych planów, która się zowie inżenieryą. Musiał kilka razy za urlopem wydalać się z obozu i zdążać na Litwę, a nawet do Petersburga w sprawie długów. Nie tyle strata majątku, ile to go martwiło, że ludzie podli koniecznie skrzywdzić go żądali. Nie cieszyły go też i owe częste listy, które od swoich rządców odbierał; donosiły, że coraz gorzej w majątkach się dzieje, że różne są procesy i różne długi, na zaspokojenie których nie widzą żadnego sposobu. Mógł Brzostowski, idąc za poradą prawników pieniaczy, sądownie uwolnić się od wielu długów, przez rodziców zaciągniętych, ale wtedy choćby wygrał prawnie, jednak postąpiłby nieuczciwie. Wielu by ludzi porządnych, którzy jego ojcu zawierzyli, skrzywdził niesumiennie. Ale Karol był synem dobrym, przyjął za swój święty obowiązek dodać wszystko każdemu, co się komu słusznie należało. A wiedząc że przez posły wilk nie tyje i że on przez rządców swoich interesów nie naprawi, postanowił sam wziąć się energicznie do układania się z nieprzyjaciółmi. cdn.
W jakim stanie Brzostowski znalazł swój majątek i co zrobił, aby go z upadku podźwignąć.
W r. 1820 Brzostowski, na własne żądanie uwolniony z wojska w stopniu kapitana, nie tracąc ani jednej chwili, pośpieszył objąć dobra sztabińskie w swoje posiadanie. Folwark Cisów obrał za swoję siedzibę. Miał wtedy tylko lat 24.Wiedział dobrze, że go tu czeka pracy dużo, ale on ufał pomocy Boskiej i swojej młodości. A to go nie zawiodło, bo gdy się energicznie wziął do dzieła, potrafił z pożytkiem własnym i korzyścią drugich dokonać wielkich rzeczy.
W dobrach sztabińskich od wieków nikt z właścicieli nie mieszkał, rządcy tylko gospodarzyli. Cała tamtejsza okolica ma ziemię nieurodzajną i piaszczystą. Nad rzeką ciągną się bagniste łąki, lasy tylko sosnowe, a dróg handlowych zupełnie nie było. Od strony Prus i wtedy od cesarstwa rosyjskiego granica była zamknięta, a królestwo polskie tylko wąziutkiem przesmykiem, jakby szyjką tamtędy przechodzi. W tak więc ponurej i pustej okolicy osiadł panicz z wielkiego miasta. Zapewne niejeden na jego miejscu rzuciłby kłopoty, a wrócił do zabawy. Ale Brzostowski, który wiedział że tylko uczciwa praca człowieka uszlachetnia i zbogaca, co raz postanowił, to zawsze do skutku doprowadzić musiał.
Jednego dnia zwołał wszystkich rządców i ekonomów do siebie, aby mu rachunki zdali. I dowiedział się od nich, że w dobrach sztabińskich oziminy wysiano tylko 50 korcy żyta i to na nieurodzajnej roli, że rocznego czynszu należy się od włościan 1,200 rs., ale jedni włościanie nic nie płacili, a inni cośkolwiek tylko w naturze odrabiali. Z ośmiu karczem dworskich było dochodu 750 rs. i 30 rs. dzierżawy rocznej z młyna. Wszystko było opuszczone i odrapane. Ludność po wioskach dworskich żyła niemoralnie i w okropnej nędzy. Nie mogli się bowiem wyżywić z lichej ziemi, zarobku nigdzie nie było, kradzieżą więc tylko z dworskich borów zasłaniali się od głodu.
Chociaż w ich domach była nędza i niedostatek, to jednak w karczmach było zawsze huczno i wesoło, bo bieda bywa najczęściej występków doradcą. Do takich to poddanych Brzostowski przybył za pana. Tak on sam o tem napisał: „Włość zbuntowana, wyuczona i wykształcona w pieniactwie, nie tylko posłuszeństwa w robotach odmawiała, czynszów nie płaciła, ale mieniła się być właścicielką nie tylko gruntów, ale i lasów, w których za szkody grabić się nie dozwalała. Takie proste widzimi się regencya pruska z braku pilności dworu potwierdziła i nadal ustaliła”.
Niedość jeszcze tego kłopotu. Dobra rządowe graniczyły z majątkiem Brzostowskiego. Rząd rozpoczął proces o granicę, roszcząc pretensyą do połowy dóbr sztabińskich. I w Łomży w pierwszej instancyi Brzostowski przegrał, przez co nie tylko miał owę połowę majątku utracić, ale musiałby drugą połowę oddać za koszta sądowe i za pretensyą z dawnych, nieprawnie pobieranych dochodów. Jeszcze trzeba było więcej biedy. Zakonnicy, osiedleni w jego dobrach w Krasnymborze, mieli swój zapis na 3,000 rs., których też sądownie poszukiwali. A cóż mówić o innych wierzycielach, którzy o swoje należności się upominali. A wreszcie nie brakło i tego, że jacyś pieniacze rozpoczęli proces z Brzostowskim o swoje prawa do dóbr sztabińskich.
Przy takim składzie interesów, gdzie tyle naraz kłopotów na jednę biedną głowę się skupiło, jednak nie potrafiły wytrwałej woli Brzostowskiego od zamiaru odstraszyć. Nie uląkł się on nigdy nikogo i niczego. Przeciwnościom śmiało spojrzał w oczy, a chociaż bez grosza w kieszeni, to jednak z pełną duszą wielkich zamysłów sam jednak stanął do walki z przeciwnikami. Majątki swoje na Litwie oddał na pilniejsze długi i na usprawiedliwione pretensye. W Cisowie, przy pomocy ekonoma z Litwy sprowadzonego, rozpoczął gospodarstwo na swoję rękę. Ale jak niepodobnem się wydaje z piasku bicz ukręcić i z pustego naczynia nalać, tak niepodobnem się wydawało z pustek czegośkolwiek się dorobić. Tak sądził i ów ekonom, który widząc wielki niedostatek wszędzie pewnej ciemnej nocy porzucił swego pana, a wraz z żoną i dziećmi powędrował na Litwę. Brzostowski jak sierota został sam jeden, wierny tylko stangret Jan go nie opuścił. Tak sam Brzostowski pisze o swojem początkowem gospodarstwie: „Poczciwy Jan był jedynym moim sługą i pomocnikiem. Jedząc kartofle, które on przyprawił, mogłem żyć, ale oficyalisty do pomocy przystojnie utrzymać było niepodobieństwo. Dzień na roli trawiąc, przy błonce wieczorami pisząc, załatwiałem interesa trudne, gdyż ani na wyjazdy, których zarzucone interesa wymagały, ani nawet na opłatę listów nie miałem funduszu. Wizyt sąsiadów unikałem, bo nie miałem ani czem przyjąć, ani owsa, ani obiadu, ani świecy. Gdy kto przyjechał, ze wstydu kryć się musiałem lub narażony byłem na pośmiewisko. Przypomnieć tu jednak muszę, iż sąsiad Ludwik Pac, hrabia generał wojsk polskich z Dowspudy pod Suwałkami, na stan, w jakim mię znalazł, innem okiem patrzył. Przyjechał z Gerardem, dawnym moim przyjacielem, dgy byłem chory, a gdy ani herbaty, ani imbryczka do gotowania nie znalazł, gdy nic w gębę nie wziąwszy, odjechał bez popasu temi samemi końmi sześć mil nazad do domu, powiedział do Gerarda: „on żyje w nędzy, gdyż interesa jego w bardzo złym stanie, ale pracuje, ponieważ chce spłacić długi rodziców.” Wkrótce potem pożyczył mi 1800 rs. Przez kilka lat na każdy podatek pożyczałem od niego. Jedyne i niesłychane to zdarzenie, że widok złego stanu interesów pobudził do kredytu.”